Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest wt, 16 sierpnia 2022 11:48:46

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 150 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: ndz, 08 marca 2009 18:14:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24287
Nie wiem, czy - oprócz Jimi Hendrixa - ktokolwiek w muzyce rockowej posiadł tak niesamowitą umiejętność przekazywania emocji za pomocą dźwięków, jak Trent Reznor.

Muzyka traktowana bywa w kategoriach czysto estetycznych, ale przynajmniej jej rockowa odmiana jest dla mnie bardziej potężnym środkiem wyrażania emocji niż estetyką. Głównym tego narzędziem mogą być różne elementy; czasem jest to tekst lub jego interpretacja przez wokalistę, czasem sposób uderzania w instrument, kiedy indziej przejmująca melodia albo aranżacja podkreślająca, który moment jest najbardziej dramatyczny a może który ma wyrażać szczęście.

W muzyce, którą tworzy Trent Reznor najważniejsze są pod tym względem dźwięki, dźwięki - powiedziałbym - same w sobie. To, że nagle w najbardziej potrzebnym momencie wejdzie gitarowy hałas albo delikatny klawisz, jakiś industrialny szum albo zgrzyt, albo krzyk rozpaczy z ludzkiego gardła. Jeżeli czasem mówię o Trencie Reznorze, że uważam go za geniusza na miarę Hendrixa, to dlatego, że kiedy słucham Nine Inch Nails, to nie mieści mi się w głowie, skąd ten gość wiedział, że właśnie w tym miejscu brzmienie ma się zmienić w akurat taki a nie inny sposób, że właśnie tu trzeba było spiętrzyć kolejne warstwy instrumentów, albo przepuścić je przez jakiś przetwornik dźwięku, albo dla odmiany nieoczekiwanie wyciszyć - nie po to, żeby bawić się produkcyjnymi sztuczkami, ale po to, żeby przekaz emocjonalny osiągnął swoją największą moc.
Podobają mi się w Nine Inch Nails piosenki, poruszają mnie te straszne teksty, robi wielkie wrażenie dramatyczny śpiew, ale właśnie te "dźwiękowe" momenty są dla mnie kwintesencją tego, co dla mnie znaczy ta muzyka.

Tak, bardziej nawet niż słowa. Jestem kiepskim słuchaczem tekstów i mimo że w Nine Inch Nails trudno ich nie słyszeć, nie sięgałem zbyt często po książeczki z płyt i poprzestawałem najczęściej na tym, co samo wpadło do uszu. Stworzyło mi to bardzo wyrazisty obraz, świat człowieka, który krzyczy z rozpaczy, bo wszystko, co miało dla niego wartość, odchodzi albo ulega zniszczeniu, bo to co zaplanował, nie udaje się, ci, którym zaufał, okłamali go, a sam dla siebie stał się odrażający.

Powtarzające się jak zła mantra
it didn't turn out the way you wanted it to
it didn't turn out the way you wanted it, did it?


przygnębiająco smutne
everyone I know goes away in the end

pełne rezygnacji
I just want something I can never have

albo wręcz przerażenia samym sobą
do you know how far this has gone?
just how damaged have I become?


aż do najbardziej dla mnie wstrząsającego wyznania:
I want to know everything
I want to be everywhere
I want to fuck everyone in the world
I want to do something that matters


I druga strona tej rozpaczy, kiedy wyzwala się frustracja i przemienia w perwersję albo niepohamowaną destrukcję (najczęściej auto-), a chęć uczynienia czegokolwiek, co będzie miało jakieś znaczenie realizuje się niestety poprzez wyciągnięcie wielkiego gnata i strzelanie do ludzi.

Choć czasem pozostaje jakiś punkt zaczepienia, jakaś dobra wola... jak powtarzane z uporem I won't let you fall apart,
i jeżeli nawet nie nadzieja (bo może już jest za późno), to przynajmniej wiara w to, że gdybym mógł zacząć od nowa, odnalazłbym drogę.

Tak, imperium brudu, którym jest świat tekstów Trenta Reznora, robi ogromne wrażenie. Ale, jak napisałem wcześniej, jest coś w samej muzyce, w dźwiękach bardziej niż w melodiach, co pozwala odczuć ten emocjonalny przekaz również bez słuchania czy zgoła bez rozumienia słów. Zapewne dlatego tak silną stroną najlepszych płyt Nine Inch Nails są utwory instrumentalne, zapewne dlatego potrafią one wnieść do obrazy całości nie mniej, niż piosenki. Tworzą wewnętrzne pejzaże, niestety zwykle będące krajobrazami po bitwie :-( , ale dające możliwość spojrzenia na to, co się wcześniej działo, w inny sposób - taka cisza po krzyku często może być bardziej wymowna niż sam wrzask.
Jest też pewien muzyczny środek wyrazu, który Trent Reznor wykorzystywał tak często, że dla mnie stanowi wręcz wizytówkę stylu Nine Inch Nails - będę to nazywał spiętrzeniem dźwięków, chodzi bowiem o takie momenty, kiedy z wersu na wers albo ze zwrotki na zwrotkę, podkład muzyczny robi się coraz bogatszy, coraz bardziej wszechogarniający, i kiedy już wydaje się, że hałas jest maksymalny, to nagle dochodzi kolejny instrument albo inny dźwięk i robi się jeszcze głośniej. Niby w tylu utworach to jest, a nigdy nie wydało mi się nadużyte, wręcz przeciwnie - wydaje się idealnie spełniać rolę absolutnego wciągania słuchacza w straszny świat przeżyć wewnętrznych podmiotu lirycznego.


W następnym poście postaram się napisać o płytach, utworach i best momentach. Ale powoli muszę, bo to dla mnie temat wyjątkowo ciężki, osobiście znaczący a może i niebezpieczny, bo obcowanie z taką dawką ludzkiego nieszczęścia, jaka otacza bohatera Downward Spiral czy jaka wyziera z płyty Fragile, to nie byle co...

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 08 marca 2009 18:37:57 

Rejestracja:
pt, 06 lutego 2009 10:39:10
Posty: 1497
:brawa:

Reznor (bo nine inch nails to właściwie solowy projekt, a nie zespół) jest świetnym przykładem artysty, który ciągle poszukuje i dzięki temu, z największego syfu, powoli, ale konsekwentnie, idzie w stronę światełka na końcu tunelu...
często podkreśla, że w zasadzie nie powinien już żyć - uzależnienia od prawie wszystkiego co się da, próby samobójcze, ale pomimo to ciągle dostaje następną szansę.
Od dłuższego czasu jest czysty (nie ćpa, nie pije - podczas trasy jeździ autobusem, gdzie nie może być nawet piwa, ostro pakuje na siłce :D ...)
to wszystko zaczyna być coraz bardziej widoczne w jego muzyce i przede wszystkim, w tekstach.

jeśli można, będę się troszkę wtrącał... :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 15:10:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24287
Na początek należy oczywiście powiedzieć, że właściwie wszystkie płyty wydawane pod szyldem Nine Inch Nails są raczej solowymi projektami i dziełami Trenta Reznora - jest on nie tylko autorem niemal wszystkiej muzyki i tekstów, ale nawet niemal jedynym wykonawcą, grającym na wszystkich lub prawie wszystkich instrumentach i innych "dźwiękowydawaczach". Co więcej, zajmował się również produkcją, choć tu akurat nie był jedyny.
Zespół jako zespół istniał więc przede wszystkim koncertowo.

Poniżej skupiam się na płytach studyjnych z pierwszego okresu działalności. Na dalsze przyjdzie czas potem, a zostaną jeszcze różne projekty pośrednie... ale wszystko po kolei.

Pretty Hate Machine * * * 1/2

best song: Something I Can Never Have
best moment: refren Terrible Lie, kiedy wchodzi dość nieoczekiwanie przeciągłe tło klawiszowe

Debiutancka płyta broni się po latach bez trudu, ale też i niczym mnie nie zachwyca. Ma tyleż momentów znakomitych, co dość nijakich, stanowi raczej wykluwanie się stylu, niż jego dojrzały przykład. Już od tej płyty datuje się współpraca Trenta z moim ulubionym producentem (jedynym, którego rozróżniam ;-)), Floodem, ale nie brzmi ona jeszcze tak "floodowsko", jak różne rzeczy później w latach 90. Tym niemniej już mamy tu sporo interesująco wykorzystanych patentów elektronicznych, delikatną jeszcze industrialność, trochę dobrych melodii i co najważniejsze - sporo już tego niepokoju, który potem eksploduje i - zwłaszcza w najlepszym utworze na płycie - tego jakże smutnego poczucia straty i niewykorzystanych szans (niewykorzystanego życia, można by nawet powiedzieć :-().
Spośród trzech singli (Head Like a Hole, Down In It, Sin), zdecydowanie na uwagę świetny Sin, chociaż podobno teledysk do tej piosenki był jakiś obrzydliwy (niestety stanie się to regułą - zespół Nine Inch Nails w wersjach wizualnych, czy to z teledysków, czy z koncertów = tego nie oglądam i oglądać nie chcę :-(


Broken * * * * 1/2

best song: Wish
best moment: druga część refrenu Gave Up, kiedy spiętrzają się gitary, rozjaśnia perkusja i coś dziwnego zaczyna dziać się z wokalem

Tu już prawie wszystko jest świetne! Tym razem Trent Reznor zaproponował materiał o wiele ostrzej brzmiący, może najbardziej gitarowy ze wszystkich płyt Nine Inch Nails. Wydaje się to wszystko bardzo "skompresowane", raczej nie ma momentów refleksji i zatrzymania, co zresztą dla mnie stanowi pewien zarzut, na szczęście sytuację ratuje znakomity Help me I'm In Hell, pierwszy w karierze zespołu instrumental, z serii tych, których siła wyrazu nie ustępuje utworom śpiewanym.
Do płyty idealnej brakuje tu chyba jednak najbardziej utworu idealnego - prawdziwego pięciogwiazdkowca, lidera. Wish czy Gave Up sa świetne, ale nie stanowią jakiegoś skoku jakościowego w stosunku do Sin z poprzedniej płyty, a od mojego ulubionego Something I Can Never Have wydają mi się wręcz gorsze.
Warto zwrócić uwagę na coverowe bonusy (pod numerami 98 i 99 :roll: ), z których zdecydowanie wolę Physical.

Downward Spiral * * * * * *

best song: jako pojedyncza piosenka: Hurt
ale jako pewna całość współtworzona przez trzy piosenki: I Do Not Want This/ Big Man with a Gun/ A Warm Place
best moment: w utworze Downward Spiral, kiedy powraca temat początkowy w wersji przetworzonej, jakby słyszalnej spod wody czy z dna głębokiego dołu... a w tle wrzask z ludzkiego gardła...

Co by tu napisać, żeby nie napisać za dużo... Dla mnie to jedna z najważniejszych i najlepszych płyt wszechczasów. Ma w sobie coś z The Wall, w sumie podobny koncept i droga bohatera (choć Downward Spiral raczej nie ma fabuły, tylko jakiś straszliwy obraz wewnętrzny); podobnie jak na The Wall wcale nie wszystkie momenty są tu super, jest nawet jeden utwór dość słaby (Heresy), nie do końca przekonuje mnie też otwarcie płyty... Ale siła całości jest nieprawdopodobna. Straszne jest bycie świadkiem takiego nagromadzenia cierpienia - tego, które bohater opowieści przeżywa, ale też i tego, które zadaje, bo jako człowiek wewnętrznie zniszczony nie waha się "dzielić" ze światem jedynym, co zna :-( Jak pisałem w poprzednim poście, wcale niekoniecznie trzeba zgłębić teksty, żeby zrozumieć to, o czym płyta opowiada; genialność tej muzyki polega w dużej mierze na tym, że ona sama z wielką mocą opowiada duchową historię duchowego staczania się w dół równi (raczej spirali) pochyłej.

Czy mogę powiedzieć, że doświadczenie obcowania z tą płytą jest "straszne, ale i oczyszczające"? Chyba nie. Nie ośmielę się nadać jej znaczeń pozytywnych. Ale jest to może jakaś terapia wstrząsowa, bo z szoku, który przeżywam, mogę jednak odbić się od dna i docenić piękno jasnego dnia. Na pewno jest to płyta, której w pewien sposób się boję i której mogę słuchać tylko bardzo rzadko, i tylko będąc pewnym, że mogę się na niej skupić.

Może jeszcze coś tu dodam, ale pewnie kiedyś przejdę tę płytę utwór po utworze. Na razie pozostawiam wątek drogiemu Państwu :-) (tylko proszę nie śmiecić, bo znowu wytnę ;-))

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 15:13:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 23665
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Crazy pisze:
zespół Nine Inch Nails w wersjach wizualnych, czy to z teledysków, czy z koncertów = tego nie oglądam i oglądać nie chcę

Koncert z Woodstocku 1994 też nie? Wspominam go jako jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem kiedykolwiek.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 15:25:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 16:53:29
Posty: 14694
Skąd: wieś
Czy to ten gość robił muzykę do gry Quake I?

_________________
Youtube


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 15:49:27 

Rejestracja:
pt, 06 lutego 2009 10:39:10
Posty: 1497
Gravi pisze:
Czy to ten gość robił muzykę do gry Quake I?

tak

@Crazy
a można będzie swoje recenzje (interpretacje) płyt zaprezentować (potem)?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 16:21:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 23665
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Nie jestem Crazym, ale odpowiem - nawet trzeba! :)

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 17:10:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 16:53:29
Posty: 14694
Skąd: wieś
Dziękuję.

To pamiętam, że muzyka w tej grze była niesamowita...

_________________
Youtube


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 22:20:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24287
no jasne że swoje recenzje tak!!! koniecznie! ten zespół nie ma tu zbyt wielkiej liczby zwolenników, ale tym bardziej każda wypowiedź z głębi serca liczy się w dwójnasób ;-)

ja w ogóle jestem nie zadowolony z tego, co napisałem o Spiral i na pewno napiszę jeszcze coś innego, przede wszystkim więcej!

P.S. Pippin - nie widziałem z Woodstocku. Skoro tak mówisz, to chętnie się zainteresuję, może ograniczę swoje "nie" tylko do teledysków? ;-)

P.P.S. O tej muzyce do gry nie słyszałem... skąd to wytrzasnąć? (i muzykę do gry, i koncert z Woodstocku)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 marca 2009 23:11:08 

Rejestracja:
pt, 06 lutego 2009 10:39:10
Posty: 1497
Crazy pisze:
O tej muzyce do gry nie słyszałem... skąd to wytrzasnąć? (i muzykę do gry, i koncert z Woodstocku)

jak się chwilę w sieci poszuka, to sie znajdzie :wink:

no to jak można, to daje:
Obrazek
PRETTY HATE MACHINE (1989)

Reznor nagrywał ją, w studiu, w którym pracował jako dozorca.
Podczas nocnych dyżurów, zagrał i nagrał wszystkie partie instrumentalne (gitary,klawisze, samplery) dokładając do nich elektroniczne bębny i miksując całość na prostym macintosh'u.
Do dzisiaj pozostał wierny firmie apple ; i dalej komponuje na mac'u...

tyle legendy – fakt jest taki, że wcześniej chłopak pogrywał sobie w dosyć zabawnym zespole Option 30 i kręcił się koło industrialnych kapel (typu Ministry).

Demo kupiła firma TVT Records (znana wtedy głównie z produkcji reklamówek tv) i młody Reznor mógł nagrywać z „dorosłymi”producentami: Flood, Keith LeBlanc, Adrian Sherwood i John Fryer.

Na żywo (w tym czasie) wspomagali Reznora m.in.: Richard Patrick (założyciel grupy Filter) i Chris Vrenna (obecnie ma swój, świetny zespół Tweaker), z tym, że od razu zaznaczę, że Reznor sam komponuje i zmienia (najczęściej cały) skład z płyty na płytę.

„PHM” nie jest moją ulubioną płytą (wnerwia mnie głównie produkcja – plastikowa, sucha, w stylu wczesnych lat 90-tych; kilka kawałków to typowe „wypełniacze”) są na niej 3 naprawdę genialne utwory.

Po kolei:

1. Head Like A Hole

drugi singiel z płyty, jeden z bardziej znanych utworów – do dzisiaj grany na koncertach.
dla mnie – świetny, ale wolę go w nowszych wersjach, choćby z płyt live

tekst o bożku – pieniądzu (a nie, jak niektórzy interpretują - o Bogu) i sprzeciw wobec niewoli, jaką narzuca chęć posiadania:

“God money i'll do anything for you.
God money just tell me what you want me to.”

“head like a hole.
black as your soul.
i'd rather die than give you control.”

jeden z nielicznych (w tym czasie) tekstów z pozytywnym przesłaniem.


2.Terrible Lie

dla mnie – drugi killer tej płyty... kolejny koncertowy „przebój”.
niesamowity złowrogi motyw klawiszy i samplerów, przecinany ostrymi jak pazury (9 calowymi, he, he, he...) wejściami gitary.

dygresja –Jak ktoś uważa, że klawisze są „pedalskie” albo bezduszne to niech sobie zobaczy jakiś występ neilsów na żywo i posłucha jak fajnie charczą i żęrzą te komputerki...

Tekst jest modlitwą... Pełną gniewu i bólu, rozmową z Bogiem.

„hey God
why are you doing this to me?
am i not living up to what i'm supposed to be?
why am i seething with this animosity?
hey God
i think you owe me a great big apology.”

dygresja 2– Nie mam zamiaru rozwodzić się nad duchowością Reznora, bo to jego sprawa, o której niechętnie mówi, ale jedno wiadomo na pewno: nie lubi kościoła, rozumianego jako zorganizowana instytucja, nie jest satanistą i wierzy w istnienie Boga.
Suma summarum – nie jest tak źle, jak się niektórym wydaje...

“hey God
i really don't know what you mean.
seems like salvation comes only in our dreams.
i feel my hatred grow all the more extreme.
hey God
can this world really be as sad as it seems?”

a to wyznanie powinno zamknąć usta niedowiarkom:

“my head is filled with disease.
my skin is begging you please.
i'm on my hands and knees.
i want so much to believe.

i need someone to hold on to.
i give you everything.
my sweet everything.
hey God
i really don't know who i am.”

ten tekst nie jest wyjątkiem w twórczości TR, bo takie rozpaczliwe wołanie,żal i pretensje skierowane w Jego stronę, pojawiają się na każdej płycie...


3.Sanctified
fajny kawałek – ambientowe tło, klangujący bas, pojedyncze, gwałtowne wejścia sampli i gitary; w tle: jakieś gadki i coś w stylu chóru potępionych...
drażni mnie trochę przyspieszenie w ostatniej części utworu (ta papierowa perkusja)
tekstowo – po raz pierwszy pojawia się temat seksu, jako sposobu na wypełnienie duchowej pustki. Ja to czytam tak – Reznor wciąż szuka i nawet wie co to ma być(Miłości), ale jeszcze nie znalazł...

„And if she says come inside I'll come inside for her.
If she says give it all I'll give everything to her.
I am justified. I am purified. I am sanctified. Inside you...”

“Maybe my kingdom's finally come.”


4. Something I Can Never Have

smutne, proste, piękne...
fortepian i ambientowe tło. w późniejszych wersjach tego utworu dochodziły jeszcze gitara i głuche uderzenia perkusji. na płycie tego nie ma...
jest za to głos reznora. nie uważam go za jakiegoś wielkiego wokalistę, ale potrafi oddać emocje.

„I just want something.
I just want something I can never have”

szczere słowa – rzeczywiście przygnębiające, ale w ostatnich sekundach utworu monotonne tło zmienia się - robi się „jaśniej”, jakby sama muzyka chciała dać odrobinę nadziei.

„ballada” – którą przebije tylko późniejsze „Hurt”

5. Down In It +Kinda I Want To + That’s What I Get + The Only Time + Ringfinger

wymieniam 5 utworów razem, bo moim zdaniem są równie słabe... w każdym znalazłoby się coś fajnego (może oprócz ostatniego), ale w porównaniu z innymi kawałkami nailsów, wypadają naprawdę miernie...

7. Sin

wytypowany także na singiel. nie lubię tego utworu. po prostu.
sprawdzał się na koncertach – to fakt.
mocny rytm, tempo, skandowany tekst... no właśnie.
ten tekst to trochę, jakby to powiedzieć... mi śmierdzi.

„You give me the reason.
You give me control.
I gave you my Purity.
My Purity you stole.

And if I can't have everything well then just give me a taste.”

ciekawe do kogo są skierowane te słowa?
Bo raczej nie jest to kobieta ani, tak jak wcześniej – Bóg...
Cóż – na pocieszenie dodam, że już tego nie grają (z PHM aktualnie tylko „Head like...” i „Terrible Lie”)



W sumie „Pretty Hate Machine” jest najsłabszą płytą NIN, ale „HLAH”, „Terrible Lie” i „Something I Can Never Have” trzeba znać.
W tych utworach można dostrzec przebłyski talentu Reznora, który wkrótce stworzy arcydzieła muzyki... no właśnie jakiej?
Bo tak, jak sam Reznor - do dzisiaj pozostaje samotnikiem, tak jego muzyka – będąca za bardzo popowa dla industrialu, za bardzo rockowa dla elektroniki, itd...- jest unikalna.

Można go nie lubić, nie słuchać, ale jego szcerość i talent docenić trzeba.
A nazwiska ludzi, którzy to zrobili (David Bowie, Peter Gabriel, Peter Murphy, Adrian Belew czy choćby Oliver Stone i David Lynch) mówią same za siebie.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 marca 2009 03:00:12 

Rejestracja:
pt, 06 lutego 2009 10:39:10
Posty: 1497
sie rozpędziłem, no to jazda...

BROKEN” /”FIXED
ObrazekObrazek

omawiam razem, bo te dwie EPki łączą się ze sobą i dopełniają – nawet graficznie, jak widać po okładkach.

Po sukcesie pierwszej płyty, w trakcie promocyjnej trasy, Reznor rozpoczął komponowanie nowych utworów.
Muzyka stawała się coraz bardziej ostra – TR twierdził, że miały na to wpływ występy na żywo, w trakcie których, utwory z debiutu pozbywały się synth-popowych naleciałości...
Wytwórnia nie chciała wydawać tych epek – ale Reznor się uparł.
I przy okazji pokłócił z wydawcą – co też stało się normą w jego karierze.

„Broken” produkował Reznor i Flood (początkowo także Butch Vig, ale praca z nim nie podobała się TR i w efekcie pozostały tylko fragmenty wspólnych dokonań, w utworze „throw this away” z „Fixed) a „Fixed” to remixy utworów z „Broken” pod którymi podpisali się m.in. zespół Coil i Foetus.

Od tego momentu wszystkie studyjne płyty (wyjątkiem jest „With Teeth” i jak na razie ostatnia „The Slip”) będą miały swoje zremiksowane wersje.

Muzycznie nowe utwory NIN stały się zdecydowanie bardziej gitarowe, cięższe i bogatsze brzmieniowo(doszły nowe instrumenty – np. mellotron MKIV (ten konkretny egzemplarz należał do J.Lennona). Płyta wreszcie brzmi jak należy.

A tekstowo... witamy w prywatnym piekle TR.
To już nie mrok, zwątpienie, rozterki debiutu.
Czyste piekło.

Jak ktoś ma uprzedzenia do słuchania takiej muzyki – to nie czytać i nie słuchac dalej
(ja osobiście nie mam, bo:1. żeby walczyć z wrogiem, trzeba go znać 2. jakbym miał stracić Wiarę, przez słuchanie jakiejś muzyki, to taki ze mnie wierzący jak koziej dupy trąba)
Blakmetal to przy tym piosenka harcerska...
„Broken” i jego chora odmiana „Fixed” to coś, jakby muzyczna wersja obrazów Bacona.
Moim zdaniem to właśnie na tych płytach (a nie na „The Downward Spiral”) Reznor osiągnął duchowe dno.
Przerażającej (ale dziwnie chwytliwej) muzyce towarzyszą wstrząsające teksty, które najlepiej określa tytuł instrumentalnego „Help Me I’m In Hell”

Wish”:
„I put my faith in god and my trust in you
now there's nothing more fucked up i could do

i'm the one without a soul i'm the one with this big fucking hole”

Happiness In Slavery
“don't open your eyes take it from me
I have found
you can find
happiness in slavery”

Gave Up
“smashed up my sanity
smashed up my integrity
smashed up what i believed in (...)
after everything i've done i hate myself for what i've become
i tried
i gave up”

Trent zdawał sobie doskonale sprawę, z tego co się z nim dzieje i to jest najgorsze.
Naprawdę wstrząsające świadectwo...

„Broken” towarzyszył film (to o nim zapewne myślał Crazy pisząc o video), który jest faktycznie ohydny – otarło się nawet o sąd, kiedy kaseta z materiałem trafiła w czyjeś ręce i wzięto ją za rzeczywisty zapis egzekucji.
Otępiały od narkotyków Reznor potrafił skomponować tylko 4 nowe utwory („pinion” i „help me...” są właściwie tylko wstępami) i dołożył jeszcze dwa covery Adama Anta.
Dziwne, że te które powstały (szczególnie „Wish” i „Happiness...”) są na świetnym poziomie.
Ale to było dopiero preludium...

ale tera jest 2 w nocy i ide spać


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 marca 2009 11:31:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24287
Bardzo mi się podobają Twoje opisy!

rajza pisze:
Trent zdawał sobie doskonale sprawę, z tego co się z nim dzieje i to jest najgorsze.
Naprawdę wstrząsające świadectwo...

Tak właśnie bym to również ujął. Może dlatego robi ta muzyka na mnie tak silne wrażenie - jak napisałem, nie ma tu katharsis, jest to po prostu niezwykłe doświadczenie obcowania z czyimś świadectwem właśnie. Świadectwem czegoś strasznego, ale też ze świadectwem wyjątkowo dobitnym, szczerym, osobistym - ale mimo wszystko artystycznie przetworzonym i to bardzo ważne, bo przez to nie jest to aż tak ekshibicjonistyczne. Nawet jeżeli wszystkie opisywane doświadczenia są tak naprawdę osobistymi dramatami Reznora, to jednak ja czuję cały czas, że to mówi nie kolega śpiewak, ale podmiot liryczny (nie lubię tej nazwy, ale sens, który ona oddaje, wydaje mi się bardzo istotny przy mówieniu o jakichkolwiek tekstach literackich). Inaczej mogłoby to być wręcz zawstydzające... i zapewne zupełnie nie do wytrzymania.

Ja swoich szczegółowych opinii do tych dwóch płyt nie dołożę (zostawię na następne dwie), ale za to taką refleksją chciałem się podzielić:

Pretty Hate Machine wyszła w 1989. W tym samym roku zadebiutowała też Nirvana Bleachem. Dwa debiuty, z których żaden sam w sobie nie byłł powalający, każdy był raczej przymiarką do tego, co potem. Ale oto obok siebie zadebiutowały dwa najważniejsze zespoły lat 90. Muzyka Nirvany była bardziej "wprost", znacznie łatwiej przyswajalna, więc to ten nurt zaatakował jako pierwszy i stał się fenomenem w pierwszej polowie lat 90., kiedy to ostra muzyka rockowa zakrólowała znowu w powszechnej świadomości słuchaczy na całym świecie.

Ale gdzieś w połowie lat 90. nagle rock stanął w odwrocie i wycofać się musiał przed inwazją ery techno i hip hopu... zniknął w dużej mierze z radia i telewizji, przestało go słuchać gros młodzieży, zaczęto mówić, że to dla zgredów... I wtedy okazało się, że rock owszem może przetrwać, ale musi znów przestać być "klasyczny" i rokendrolowy, i znaleźć twórczy sposób na przetworzenie w rockowy sposób innej estetyki. Pojawiło się więcej elektroniki, więcej mechanicznych rytmów, więcej mroku i "chorych" emocji, i zanikł gdzieś duch rokendrola. Tool, kolejne Ministry, Deftones, Rammstein, Korn, Marylin Manson, Smashing Pumpkins...
Nine Inch Nails wydaje mi się zarówno zdecydowanie najlepszym, jak i zdecydowanie najbardziej wpływowym reprezentantem tego nowego rocka drugiej połowy lat 90. (który tak naprawdę zaczął się od początku dekady, ale wtedy był raczej awangardą dla grunge'u i innych Guns'n roses, czy Red hot chilli peppers czy nawet Faith no more).

Taka tam refleksja ;-)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 marca 2009 12:13:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 12:17:46
Posty: 4882
Skąd: Biadacz
Reznor nagrał parę świetnych albumów. NIN to jeden z tych zespołów które były dla mnie ważne (czyli w liceum ich kasety nie wychodziły z mojego walkmana a trzeba dodać, że wtedy słuchawki nie odklejały mi się od uszu). To jednocześnie jeden z zespołów których już nie chce mi się słuchać, zwłaszcza płyty którą uważałem i chyba dalej uważam za najważniejszą w deskografii zespołu - Downward Spiral... Odrzuca mnie od tej muzy, choć znam ją na pamięć... wole czasem wrócić do Fragile, a ostatnio przesłuchany The Slip przywrócił wiarę w Reznora, ale bez przesady...
rajza pisze:
jak ktoś ma uprzedzenia do słuchania takiej muzyki

no i właśnie nigdy nie miałem uprzedzeń do takiej muzy... słuchałem jest sporo (może za dużo ?!?) no i doszedłem do takiego miejsca, że juz nie mam ochoty...

Najbardziej lubię i do dziś nieźle słucha mi się debiutu - dla mnie to petarda po prostu !
Pretty Hate Machine *****
rajza pisze:
wnerwia mnie głównie produkcja – plastikowa, sucha, w stylu wczesnych lat 90-tych

to nieco jakby narzekać na brzmienie Violator'a DM, albo Stigmy EMF :) takie czasy, takie brzmienie, moim zdaniem broni się do dziś...
Początek zwala z nóg (a może trzeba napisać, że zwalał, bo z perspektywy dzisiejszej ta muza nie wydaje się odkrywczą) dwa pierwsze numery są kapitalne, później jest moim zdaniem równo z przebłyskami...

w zestawie cytatów brakuje mi złowrogiego:
bow down before the one you serve.
you're going to get what you deserve.
z utworu otwierającego płytę...

Broken nigdy nie traktowałem jako pełnoprawnej płyty... raczej jako przydługą epkę... nie było na nim nic co byłoby ciekawsze od tego co się wydarzyło na następnym albumie... a ja Broken usłyszałem po Downward Spiral...

o Downward i innych może coś napiszę jak przesłucham...

i moja uwaga ogólna:
mnie naprawdę w tekstach Reznora już nic nie pociąga... opisy prywatnego piekła nic nie wnoszą i nic mi nie dają - ani nie wstrząsają, ani nie poruszają... co więcej wyśpiewywane przez tyle płyt i utworów zaczynają się kojarzyć z manierą... God is dead and no one cares... no właśnie I don't care... , ale muzycznie jeszcze to żre...

pozdro...
KoT


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 marca 2009 12:21:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 23665
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
KoT pisze:
Stigmy EMF

Załóż wątek. Ja gdzieś mam kasetę "Schubert Dip". :)

Nine Inch Nails... Dziś nie potrafię napisać wiele, baaardzo dawno nie słuchałem. Lubiłem w liceum i na początku studiów, ale bez przesady. Słuchałem Pretty Hate Machine, Downward Spiral nie za wiele oraz Fragile. W głowie pozostały mi tylko poszczególne utwory:
- Head like a hole - znakomity, przebojowy
- Terrible lie - chyba mój ulubiony; wejście refrenu miażdży
- Something I can never have - smutek i nostalgia, wciąga
- March of the pigs - ooo.... But doesn't it make you feel better?; uwielbiam to liryczne wejście
- Dead souls - kapitalna przeróbka z nieocenionej ścieżki do "Kruka"
- We're in this together - kto wie czy nie jeden z moich ulubionych utworów końca zeszłej dekady; żelazny punkt ówczesnych rockotek w poznańskim Ciciborze; wściekaliśmy się z Michałem, gdy wyciszali tę fortepianową końcówkę

A w teksty nigdy się nie wsłuchiwałem, chociaż czułem podświadomie jakie one są.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 marca 2009 12:32:17 

Rejestracja:
pt, 06 lutego 2009 10:39:10
Posty: 1497
KoT pisze:
opisy prywatnego piekła nic nie wnoszą i nic mi nie dają - ani nie wstrząsają, ani nie poruszają... co więcej wyśpiewywane przez tyle płyt i utworów zaczynają się kojarzyć z manierą... God is dead and no one cares...

"Heresy", z którego pochodzi ostatni przytoczony wers, już nie jest grane przez NIN.
moim zdaniem teksty się ciągle zmieniają - tak jak Reznor i ja odbieram je jako coś szczerego, a nie manierę


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 150 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 10  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: KonradP i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group